Languages

hasła na stronie

Z rozpaczy albo z nudów wysmarowałam sobie brzuch brokatem

Wrocław, lata dziewięćdziesiąte

Nasze marzenia bajkowe i tkliwe
Jedyne co przetrwało w tej parszywej grze
Że wierszem przejdziemy przez ścianę ognia
Że wiersz ukołysze do snu dzikie zwierzęta
Że wiersz przebudzi niewidoczną stronę księżyca
Byliśmy młodzi niepojednani z żadnym życiorysem
Na żadnej mapie nie było drogi którą podążaliśmy
Układaliśmy słowa dla czegoś więcej niż zabawa w sztukę
Układaliśmy słowa z myślą opowiedzenia czegoś niewyobrażalnego
To coś co było w nas zaledwie echem miłością miotającą się w pułapce pozorów
Ileż świtów ileż zmierzchów przenikało nas do rdzenia duszy
Włóczyliśmy się w poszukiwaniu świata gdzie mówi się językiem wrażliwości
Bez asekuracji bez uprzedzeń wychodziliśmy naprzeciw każdemu wyzwaniu
Wciąż przed siebie w jakieś odrealnione gdziekolwiek byle dalej
Chcieliśmy rozerwać błędny krąg znaczeń w których zostaliśmy uwięzieni
Staczaliśmy walki z tym co nas ograniczało lub chciało przywiązać do siebie
Gardziliśmy każdym odruchem słabości do kości obdzierając kolana
Nie czuliśmy strachu odwagę nazywając natchnieniem
Wołaliśmy po imieniu łotrów szubrawców i katów
Nie oglądając się na okoliczności
Każda pora była właściwa każdej porze patrzyliśmy prosto w oczy
Nie znaliśmy zwrotów: po co? na co?
Wiedza była dla nas sprytnie obmyślaną strategią do ujarzmiania wyobraźni
Wolność kipiała w naszych żyłach płonąc w krwioobiegu szalonych decyzji
Pragnęliśmy tylko jednego: bylejakość zastąpić pięknem
Nie mieliśmy wyboru: słowo albo nic
Przekomarzaliśmy się z liryką o nietykalność metafor
Wykłócaliśmy się o każdy wers wyrwany siłą ze skostniałej rzeczywistości
Chcieliśmy wierszem napoić każdego kto przebywał na pustyni betonowego molochu
Każdy przedmiot nazwać własnym językiem każde odczucie zaznać od nowa
Chcieliśmy by prawda przekroczyła swój własny sens
By wreszcie stała się sobą choćby przez chwilę
Nieujarzmieni przekraczaliśmy granice ścierając się z nieoswojoną bezgranicznością
Jak szaleńcy kochaliśmy to niebezpieczeństwo
Każda minuta była dla nas poezją każde obojętne słowo było wrogiem
W każdym słowie otwierały się blizny to drugie bolesne dno które nie wybacza
Byliśmy świętymi grzesznikami grzesząc i modląc się na przemian
Widzieliśmy tą monumentalną bitwę między tak i nie
Byliśmy jak złodzieje wykradając światu złudzenia i nadzieje
Wierzyliśmy że słowo ma moc przywracania do życia
Wierzyliśmy bezgranicznie że słowo nas ocali

Kraków, 23.IX.2005