Robisz to, czego nie powinnaś robić - rozmowa z Tatjaną Jamnik
Wywiad TATIANY JAMNIK z polską poetką Ewą Sonnenberg
„Urodzona w tym samym dniu co Van Gogh, tyle że sto czterdzieści lat później. Pisze od zawsze. Przestanie pisać, gdy na Ziemi nie będzie ani jednego smutnego człowieka. Przestanie wydawać tomiki, gdy to, co pisze zacznie być powszechnie aprobowane i entuzjastycznie przyjmowane przez krytykę. Teksty powstają w trakcie: śniadania, obiadu, kolacji, napadów złości, leku, grypy, anginy, plombowania zęba itd. Przez całe życie chce bawić się, opalać i pożyczać pieniądze. W swoich tekstach bywa jak chłopak, jak gangster, jak książę, jak łobuz, jak torreador, jak dandys, jak ewa sonnenberg. Kontrowersyjna i zaskakująca. Nie lubi: tanich perfum, łatwych wierszy, hamburgerów i antybiotyków. Ma gdzieś: kanibali dusz i barbarzyńców.”
(ze strony internetowej: www.sonnenberg.art.pl)
Ewa Sonnenberg, ur. 1967, wydała sześć tomów poetyckich. Za swój debiut „Hazard” (1995) otrzymała wybitna Nagrodę im. Georga Trakla. W 1997 wydała dwa tomy wierszy: „Kraina Tysiąca Notesów” i „Planeta”, w 2000r. „Smycz”, 2001 „Płonący tramwaj, 2005 „Lekcja zachwytu”. W przygotowaniu jest zbiór poematów „Pisane na piasku” oraz „Paź królowej. Bajka dla zakochanych” Bierze udział w radzie redakcyjnej krakowskiego pisma literackiego „Studium” oraz wrocławskiej „Rity Baum”. Mieszka w Krakowie.
Na początek może takie bardziej konwencjonalne pytanie: kiedy zaczęłaś pisać? Kiedy zaczęłaś pisać świadomie?
To jest bardzo szczególe, bo właściwie piszę od dziecka. Byłam wychowywana w wyjątkowej atmosferze: poetyckiej i baśniowej zarazem. Do dziś pamiętam olbrzymi, dziki ogród dziadków, który był zamieszkiwany przez wróżki, czarowników, gnomy, elfy. W tym ogrodzie godzinami przebywałam zaprzyjaźniając się z jego mieszkańcami ślimakami, jaskółkami. Wiosną zbierałam olbrzymie bukieciki fiołków, zakładałam własne królestwo wśród jaśminów, latem zajadałam się malinami, jesienią czekałam aż spadnie jedna jedyna gruszka itp. A wszystko to działo się w aurze baśniowości i słodkiej beztroski. Właściwie całą wrażliwość poetycką zawdzięczam tamtym czasom i mojej mamie, która kochała i znała poezję. Godzinami opowiadając mi o poetach, poezji czy recytując wiersze. Moje dzieciństwo było tak wyjątkowe i piękne, że całe moje późniejsze życie: lata dorastania, dojrzałość próbowały jakby powrócić do tej bajkowości, niezwykłości, a nawet doskonałości lat dziecięcych. Nic więc dziwnego, że w wyobraźni dziecka zrodziła się potrzeba pisania. Co ciekawe bardzo późno zaczęłam mówić, a bardzo wcześnie nauczyłam się pisać i czytać. I od razu zaczęłam pisać jakieś swoje rzeczy. Miałam nawet swój kącik pisarski. Zabawne. Były to przeważnie krótkie historyjki, w których ożywiałam martwe przedmioty: długopis, pióro, krzesło, stół itd. Jednym słowem wszystko, co mnie otaczało żyło, mówiło do mnie, skarżyło się, droczyło, a ja z tym otaczającym światem prowadziłam bardzo żywe dialogi. Najpierw pisanie traktowałam jak zabawę, jak hobby. Moją pasją była muzyka. Godzinami spędzałam czas przy fortepianie. Muzyka była dla mnie wszystkim. Zwrot nastąpił po wypadku samochodowym. To był prawdziwy przełom w moim życiu. Po wypadku miałam niedowład rąk, co w mojej sytuacji jako studentki Akademii Muzycznej było czymś przerażającym. Co dalej? Jak grać gdy w rękach nie miałam czucia? Zdałam sobie wtedy sprawę, jak kruchy jest zawód artysty-muzyka. To było dla mnie bardzo bolesnym przeżyciem. Wtedy właśnie zaczęłam pisać świadomie, z myślą o publikowaniu. Potrzeba pisania była tak silna, że nie mogłam się oprzeć. I tak jak na początku mojej drogi była muzyka i długo nic, tak wtedy poezja zaczęła odgrywać bardzo ważną rolę. Poezja stała się moim medium do przekazywania siebie. To było w 90 roku.
Kiedy zaczęłaś publikować?
Cóż, w szkole średniej pisywałam dla zabawy krótkie, prześmiewcze prozy poetyckie i krótkie dramaty absurdu. Byłam wtedy pod silnym wrażeniem Witkiewicza, Gombrowicza, Mrożka, Różewicza. Uwielbiałam czytać ich dramaty, czytałam je wszędzie w domu, w szkole, w autobusie. Kiedyś dla zabawy, ale i dla sprawdzenia swoich możliwości napisałam kilka wierszy, po czym wysłałam je na jakiś konkurs. Dostałam wyróżnienie, a wyróżnione teksty ukazały się w prasie. Miałam wtedy 18 lat. A debiutowałam ku wielkiemu zaskoczeniu moich profesorek polonistek. To było bardzo zabawne, bo co jak co, ale byłam raczej uczennicą przysparzającą mnóstwo kłopotów. Ni jak nie umiałam się przystosować do szkolnej dyscypliny. Przychodziłam do szkoły kiedy chciałam i wychodziłam z lekcji kiedy chciałam. A i mój styl a la dandys bardzo gorszył pedagogiczne otoczenie. Po debiucie zdałam na Akademię Muzyczna, a pisanie odeszło w cień. Coś tam pisałam, ale nie traktowałam tego poważnie. Zresztą trudno było tak myśleć ćwicząc po 6, 8 godzin dziennie na fortepianie! Jak już wspomniałam po wypadku wróciła potrzeba pisania, ale już świadomego i w kontakcie z własnym tekstem i z potrzebą pokazania tego komuś innemu, czytelnikowi. W ten sposób zaczęłam posyłać wiersze na rozmaite konkursy, które wygrywałam, dzięki temu coraz więcej publikowałam, zaczęły się pojawiać propozycje wieczorów. I tak to się zaczęło.
W swojej poezji czerpiesz ze sztuki, malarstwa, muzyki, literatury, filozofii….
Bo ja kocham sztukę. Może po części dlatego, że obcowanie z nią przypomina mi cudowne lata dzieciństwa. Sztuka towarzyszy mi od dziecka za sprawą mojej mamy. Malarstwo, muzyka, architektura, literatura to były moje ulubione światy, które mnie fascynowały i do których uciekałam przed rzeczywistością. Jeśli chodzi o literaturę to dorastałam raczej na literaturze obcej: Eliot, Brodski, Rilke. Tworzyli oni poezję, która jest dla mnie w pewnym sensie ideałem, do którego dążę np. Elegie Duinejskie Rilkego. Dla mnie to jest wyższy stopień wtajemniczenia. Wśród fascynacji byli i są polscy poeci. Pamiętam jak uczyłam się z mamą na pamięć Ballad Mickiewicza, które do teraz pamiętam. Potem był Miłosz, Różewicz, Herbert, ale i Bursa. Wszyscy oni są mi jacyś bliscy, w jakiś sposób pomocni. Na tych wszystkich poetykach uczyłam się siebie. Ich światy kształtowały mnie. Światy, bo obcowanie z tekstem jest jakby wejściem w świat danego poety. Obcować z tekstem możemy na zasadzie mistrz – uczeń i wtedy, jakby tekst nas uczy, w jakiś sposób nas przerasta jest jakby nam zadany, może jak odnaleźć właściwą drogę. Ale niekiedy gdy już jakiś czas obcujemy z danym tekstem zaczynami z nim obcować na zasadzie przyjaciel – przyjaciel. Autor staje się bardziej przyjacielem aniżeli mistrzem. Tekstem rozmawia z nami jak z równym sobie. I wtedy od tego autora nie tylko się uczymy, co bardziej go rozumiemy i odczuwamy. Odczuwamy bliskość uczuciową z twórcą. Ja miałam takie odczucie jeśli chodzi o poezję Brodskiego. Był mi tak bardzo bliski, że nawet nosiłam się z zamiarem napisania do niego listu, i miałam przeczucie , że odpisałby mi. Jednak tego listu nie napisałam….
Ale wiersz napisałaś….
Tak, napisałam wiersz dla Brodskiego, który jest pożegnaniem. Odejście Brodskiego w dziwny sposób wiąże się z nocą pełną śniegu. To była szczególna noc. Właśnie wracałam samochodem z małego miasta pod Wrocławiem, gdzie mój tomik „Kraina tysiąca notesów” uzyskała nagrodę, nagrodą była publikacja książkowa. Z tych uroczystości wracałam do Wrocławia późną nocą, padał śnieg wielkimi płatami, całą noc ten śnieg padał i padał. A przecież u Brodskiego tak często pojawia się motyw śniegu. On chyba kochał śnieg. Jego śmierć, śnieg, noc i ta moja nagroda, to wszystko złożyło się na jakąś irracjonalną całość. Brodski był mi bardzo bliski…
Sama grasz na fortepianie, jesteś absolwentką Akademii Muzycznej. Na swoich wieczorach lubisz łączyć czytanie poezji z muzyką. Czy muzyka i poezja tylko w taki sposób się dopełniają, czy też, jak tworzysz, muzyka w pewien sposób współuczestniczy?
Swego czasu miałam bardzo wiele wieczorów poetyckich. Wieczory miały formę recitali poetycko-muzycznych. Recytowałam swoje wiersze, bo właściwie nie czytałam, tylko recytowałam i grałam na fortepianie. W pewnym momencie mi się to troszeczkę znudziło.
Zaczęłam zapraszać innych muzyków, saksofonistów, gitarzystów, klarnecistów, a nawet zespoły. Do tych poetycko-muzycznych wystąpień dochodziły slajdy także były to takie multimedialne występy. Kiedyś na moim wieczorze w Muzeum Architektury we Wrocławiu dziewczyny tańczyły flamenco! Natomiast co do muzyczności w poezji, to uważam, że poezja jest kwintesencją muzyki. Muzyka jest niezbędna w akcie tworzenia. Ja bardzo często słyszę swoje teksty jak utwory muzyczne. Tempo wiersza może być wolne lub szybkie. Również artykulacja muzyczna jest przekładalna na język poetycki. Tak więc słyszę długość wersów, czasami nie mam słów, a już słyszę wiersz muzycznie. Słyszę frazę muzyczną tekstu. Jak czytam czy recytuję to chyba też w sposób muzyczny. Może to się wiąże z moim wykształceniem, w końcu od dziecka gram na fortepianie i muzyką przesiąkłam na wskroś. Nawet Eliot w jednym ze swoich esejów pisał, ze muzyczność będzie w pewnym momencie niezbędna poetom, pisarzom. Jak mówił Busoni: Na początku był rytm. Właśnie rytm.
Pisząc trzeba mieć poczucie rytmu, bo przecież poezja jest jakimś rytmem
Mówiłaś o tym, że kiedyś miałaś bardzo dużo spotkań literackich. Później miałaś parę lat pauzę…
Tak, to prawda, zrobiłam sobie małą pauzę, nie występowałam. Nie można bez końca jeździć po Europie i recytować swoich wierszy, musi też być chwila przerwy, wytchnienia, która pozwoli zatrzymać się na sobie, zajrzeć w głąb siebie...To jest bardzo potrzebne dla tworzenia. Może jest to taka mała samotność. Samotność, w której dorastamy do nowych tekstów, samotność, w której przetwarzają się nasze doświadczenia życiowe. Taka przerwa potrzebna jest również dla samego pisania, bo przecież nie można pisać na okrągło. W takiej sytuacji trudno oddzielić wartościowe od bezwartościowego. Trzeba mieć dystans do tego, co się robi.
Ale mogłabyś przestać występować też z jakieś zasady, np. dlatego, że odbiór nie byłby odpowiedni…
W Paryżu bardzo się zmieniłam. Już nie miałam potrzeby wykrzykiwać swoich buntowniczych wierszy, walczyć w imię pewnych ideałów, a przede wszystkim Prawdy. W Paryżu jakbym zdjęła swoją zbroję rycerza-poety. Chciałam się po prostu wyciszyć. To też była jedna z przyczyn tej mojej przerwy. Ale brak buntu bywa również buntem. (śmiech) Może wobec samej siebie. W Paryżu odczułam, że nie chcę już występować publicznie, nie chciałam już w ten sposób dzielić się swoją poezją, bardziej zaczęło mi zależeć by ktoś czytał te wiersze w ciszy, w samotności. Po prostu nie miałam ochoty mieć bezpośredniego kontaktu z odbiorcą. To był akurat taki moment. Być może w pobycie w Paryżu odnalazłam to, coś, co towarzyszyło mi w dzieciństwie. Po powrocie do Polski miałam wieczór i bardzo źle go wspominam. Na sali było sporo ludzi, ale jakoś nie potrafiłam nawiązać z nimi kontaktu. Źle mówiło mi się teksty. Miałam odczucie jakby między mną a publicznością była gruba szyba. Czułam, że jestem inna niż byłam. Po prostu się zmieniłam i też zmieniły się wymagania względem tego, co robiłam w poezji.
Rok mieszkałaś w Paryżu ….
Pobyt w Paryżu zawdzięczam stypendium Kultury Niezależnej. Było to trzy miesięczne stypendium, po czym zdecydowałam się zostać trochę dłużej będąc oszołomiona tym miastem. Najpierw zamieszkałam w trzynastce, w Domu Św. Kazimierza zwanym inaczej Domem Tułacza. Ten „tułacz” jakoś bardzo pasował do tamtego okresu mojego życia. Dom, a raczej klasztor prowadzony był przez polskie siostry zakonne Szarytki. Dom ten powstał 150 lat temu, mieszkali w nim powstańcy styczniowi i Cyprian Kamil Norwid. Mieszkałam siedem pokoi za pokojem Norwida, naszego wieszcza narodowego to było niesamowite. Muszę powiedzieć, że bardzo cenie polski romantyzm, uważam, że właśnie wtedy nasza literatura osiągnęła poziom Europejski. Uwielbiam Słowackiego, Norwida, Mickiewicza, Krasińskiego. Przypadek sprawił, że w Domu Kazimierza spotkałam potomkinie samego Krasińskiego. Była to starsza Pani o wysokiej kulturze osobistej. Jakoś od razu zaprzyjaźniłyśmy się. To była piękna i niesamowita przyjaźń. Bardzo miło ją wspominam. Co znalazło swoje odbicie w „Lekcji zachwytu”, którą dedykuję rodzicom i właśnie tej osobie. Paryż to niezwykłe miasto i być może brzmi to banalnie musze powiedzieć, że jest jedyne w swoim rodzaju. Klimat, nastrój, ludzie, zdarzenia artystyczne, życie wręcz kipi. Ja miałam to szczęście, że od razu trafiłam w kręgi literackie. Zaprzyjaźniłam się z wieloma ludźmi, którzy pisali. Miałam kontakt z paryską grupą Oniropolis, młodzi twórcy, którzy organizowali happeningi na ulicach Paryża, organizowali Wiosnę Poetów. Jednego z poetów tej grupy, Philipa Legere zaprosiłam później do Wrocławia, gdzie miał wieczór. Dlatego Paryż od poetyckiej strony bardzo wiele mi dał, bardzo dużo ciekawych doświadczeń.
No, ale Paryż to dla mnie przede wszystkim parki i muzea, które były dla mnie drugim domem. No i oczywiście kawiarenki, w których przesiadywałam całymi godzinami pisząc i sącząc „małą czarną”. W kawiarniach przewijało się wiele ciekawych osób, idealnych na bohaterów wierszy. Ci dziwni nieznajomi, z którymi rozmawiało się przez jeden wieczór, by potem już nigdy się nie spotkać.
Z Francją związana jest też twoja praca magisterska, którą teraz piszesz. Czy we Francji odkryłaś Hildegard von Bingen?
Tak, we Francji panowała moda na Hildegardę. Byłam na koncercie jej muzyki na Saint- Germain de Pres, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Było też mnóstwo publikacji związanych z Hildegardą. Zwróciłam więc na nią uwagę. Wcześniej o Hildegardzie wspominała mi mama. Po przyjeździe będąc studentką filozofii zdecydowałam, że będę o niej pisała. Nic w tym dziwnego ja od dawna interesuję się mistycyzmem, a Hildegarda jest jedną z największych mistyków europejskich.
Czy możesz coś ciekawego powiedzieć o Hildegardzie? Ci cię w niej tak fascynuje?
Hildegarda jest postacią wyjątkową. Jak może nie fascynować ktoś, kto obcował z Bogiem i z Aniołami? Jej mistycyzm jest fascynujący, zakłada istnienie człowieka mistycznego, który jest odzwierciedleniem wszechświata. Myślę, że dla współczesnego człowieka to bardzo cenna wskazówka. Mistycyzm w niezwykły sposób patrzy na świat, ten sposób patrzenia bardzo mi odpowiada i w jakiś sposób jest mi bliskie. Mistycy jakby żyją na granicy rzeczywistego i nierzeczywistego. Zauważają więcej, widzą więcej. Bo nie sztuką jest patrzeć, ale trzeba umieć widzieć. Świat mistyka jest bogatszy. Może straszniejszy, może niekiedy przerażający, ale przez to bogatszy i piękny. Przecież rzeczy przerażające też mogą być piękne i fascynujące jak Anioł z Elegii Duinejskiej Rilkego. To jest Anioł tak piękny, że od jego piękności moglibyśmy nawet umrzeć. Kontakt z rzeczami nierzeczywistymi, ponadludzkimi, pozaświatowymi jest fascynujący. Oczywiście mistycy płacą za to swoją cenę. Hildegarda od urodzenia miała niezliczoną ilość wizji. Wizji, które w wieku 41 lat postanowiła zapisać pod wpływem nakazu jaki otrzymała od Boga. Powstały dzieła o wielkiej wartości. Co ciekawe operujące przebogatym językiem metaforycznym. Właściwie są one bardzo poetyckie. Przekaz mistyczny jest bardzo trudnym zadaniem, bo w jaki sposób przekazać rzeczy niewysławialne? Najlepszym językiem okazuje się język poetycki, metaforyczny. Zafascynowały mnie również jej kompozycje. Ona swoją muzyką wyprzedziła swoje czasy. Jest w jakiś sposób porównywalna z muzyką J.S.Bacha, który również przerósł swoją epokę. Zarówno Bach jak i Hildegarda są bardzo współcześni.
W oczy mi wpadł wiersz „Zmierz muzy” z tomu „Smycz”, który kończy się wersami:
„Robisz to, czego nie powinnaś robić/Robisz to tak jak nie powinnaś robić”. Czy zastanawiałaś się nad własna twórczością? Wydaje mi się, że poetka albo pisarka ma taka inną pozycję w dziedzinie literatury, jak gdyby jakoś nie odbierano ich poważnie.
Jeśli to, co piszę zawiera w sobie jakąś tajemnicę być może za sto, dwieście lat będą się nad nią zastanawiać. Moja twórczość jest bardzo różnorodna. Każdy tomik jest inny, utrzymany w innej stylistyce. Robię to celowo, bo uważam, że nie można wciąż grać na jednej strunie, bo nawet się wtedy nie wie czy ta struna jest dobrze nastrojona. W moich wierszach jak dotąd był bunt, była ironia, była liryka, była konfesyjność, teraz szukam w poezji duchowości i pewnego rodzaju mądrości. Tej duchowości, która przez współczesnych jest pomijana na rzecz komercji. Swoją poezją chciałabym zawalczyć właśnie o tę pomijaną duchowość.
Co do kobiet, to niestety, ale ich twórczości nie traktuje się poważnie. Jest takie obiegowe myślenie, że kobieta pisze tylko o miłości. Co jest kompletną bzdurą. Na kobietach ciąży jakby przymus by pisać jak mężczyzna, a przecież nie o to chodzi. Świat kobiety jest o wiele ciekawszy niż świat mężczyzny. Opisywanie go może być bardzo ciekawym eksperymentem poetyckim. Wracając do wiersza „Zmierzch muzy”. Jest to tekst, w którym chciałam pokazać jak świat współczesny odrzuca delikatność i wrażliwość. Jakie mechanizmy rządzą światem, jak bardzo jesteśmy zuniformizowani, i jak przeciętność odrzuca to, co nieprzeciętne.
W całym tomiku „Smycz” jest dużo buntowania się. Co jest przyczyną?
„Smycz” jest kontynuacją mojego „Hazardu”. „Hazard” jest buntowniczym tomikiem, nazwałam go przewodnikiem dla tych, którzy nie boją się Prawdy. Bunt nie tylko dotyczy tematyki jaką podejmuję, bo tematyka jest rzeczywiście skrajna, ale również język jest buntowniczy, bardzo ekspresyjny. Nie wiem, czy zauważyłaś, tempo języka jest szybkie, rwące, dynamiczne, zasób słów bardzo specyficzny, czyli w samym języku jest zawarty bunt. Jestem po prostu niegrzeczna dla czytelnika. Jak już powiedziałam „ Smycz” jest kontynuacją „Hazardu”, choć mam nadzieję, że nieco dojrzalszą. W „Smyczy” ukazane są mroki rzeczywistości: ból, cierpienie, nienawiść. A jednak w środku tomu znajduje się cykl „Mikrokosmos”, który jakby wyłania się z tej ciemności, jest jak uchylenie w mroku drzwi na światło, na piękno. Daję jakby czytelnikowi szansę, że jednak w tej beznadziejnej codzienności można zauważyć i piękno. Chciałam pokazać, że istnieje druga strona życia, ta lepsza, bez względu na to jak straszny byłby świat wokół nas.
A czy w rzeczywistości (ten świat) czy chodzi ci o transcendencję? Bo w cyklu „Mikrokosmos” pojawia się postać Chrystusa.
Rzeczywiście w świecie ze „Smyczy” pojawia się postać Chrystusa, postać Boga… Bóg jest bardzo ludzki, jest bardzo blisko człowieka. I nie chodzi już o ten tomik, w ogóle uważam, że obecność Boga odczuwana jest na co dzień. Bóg jest tak blisko nas jak w przypowieściach ze Starego Testamentu. On po prostu Jest. To nasze współczesne czasy hałaśliwe, krzykliwe, powierzchowne odwróciły naszą uwagę od obecności Boga. Bóg jest wciąż obok, pojawia się między zwykłymi, codziennymi działaniami. Chrystus ze „Smyczy” też jest jakby jednym z nas, zwyczajny, prosty. I to jest sygnał, że transcendencja przez cały czas nam towarzyszy kwestia tylko czy ktoś to umie odczuć, zauważyć, co zależy od naszego stanu ducha i otwarcia na ten transcendentalny wymiar rzeczywistości .
A czy przez przypadek subiekt literacki w „Zmierzchu muzy” jest kobietą?
Może i przez przypadek. Ja bardzo różnie komponuję wiersze. Niekiedy na przykład piszę w rodzaju męskim. Używam rodzaju męskiego wtedy, gdy wydaje mi się, że wypowiedź przez to staje się mocniejsza, wyrazistsza. Ta kobieta w „Zmierzchu muzy” jest uosobieniem delikatności i wrażliwości. Chyba wybrałam ją intuicyjnie, podświadomie czułam, że to powinna być kobieta.
W wierszu „Alergiczna dziewczyna. Studium ekshibicjonizmu” z „Hazardu” znalazłam wers: „Skąd miałam wiedzieć, że chodzenie w spodniach / przyniesie mi tyle kłopotów…
W tym tekście sprzeciwiam się stereotypowi typowej kobiecości. Kobiety na wysokich obcasach, w spódniczce, wymalowanej, ufryzowanej. Słowem tej całej teatralności seksualnej. Bohaterka z wiersza sprzeciwia się temu stereotypowi, sprzeciwia się tej matrycy. A jednak sprzeciw naraża ją na niemiłe niespodzianki, bo jednak społeczeństwo neguje wszelkie wyłomy ze z góry ustalonej gry społecznej. Zresztą to nie jest jakaś wymyślona konstrukcja. Wiemy jak problematyczna jest homoseksualność w naszych społeczeństwach.
Społeczeństwo nie potrafi zaakceptować inności. Jednym słowem przeciętność usilnie zwalcza wszelkie przejawy nieprzeciętności. Mam również na myśli nieprzeciętność w sensie duchowym. Wracając do moich wierszy, ja bardzo często poruszałam temat homoseksualizmu. Zwłaszcza w „Krainie tysiąca notesów”, która napisana jest w stylistyce kempowej, czyli stylistyce pop kultury homoseksualnej.
Z tym może związany jest androginizm w twojej poezji, np. w „Płonącym tramwaju”…
Dla mnie sztuka rozgrywa się ponad płciowością, jest androginiczna. Androginizm jest pewną formą doskonałości. Doskonałości, w której jest coś kosmicznego, idealnego. Ja nie chce być aniołem….(śmiech), ale wydaje mi się, że pisanie jest ponad tym, co żeńskie i męskie. A jeśli używam któregoś z rodzajów to traktuje to jako środek stylistyczny. Są różne oblicza androginizmu. Jest oblicze anielskie, ale jest też oblicze bardziej demoniczne, które odnajdujemy w „Śmierci w Wenecji” T. Manna zekranizowanej przez Viscontiego. Androginiczna postać Tadzia, którego piękno działa destruktywnie.
Androginizm w literaturze wiąże się też z forma językową, w literaturze przez język można dostać się do androginizmu. Jak powstały te twoje wiersze, w których krytyka odnajduje androginizm? Dlaczego zdecydowałaś się zmywać granice płci subiektu literackiego?
To wynikło samo z siebie, spontanicznie, z wewnętrznego nastawienia. Androginizm tkwił w jakiś sposób we mnie i nie był założonym chwytem artystycznym. Może ja jestem trochę androginiczna…. Już od dziecka było ze mną coś nie tak. (śmiech) W ciele dziewczyny czułam się jakoś źle, uwielbiałam bawić się samochodami, byłam trochę chłopczycą, ba chuliganem! To trochę zabawna historia, ale w domu oczekiwali wszyscy chłopca, a tu nagle urodziła się dziewczynka. Byłam więc trochę wychowywana jak chłopak. Nosiłam spodnie, krótkie włosy. Potem był wiek dorastania i zachłyśnięcie się a nawet fascynacja swoją dziewczęcością. Uwielbiałam się ubierać w jakieś ekstra ciuszki i wyzywająco malować.
Po wypadku nastąpił kolejny zwrot, zbuntowałam się wobec swej kobiecości i przeszłam na wizerunek męski. Nosiłam garnitury, krawaty, męskie koszule, pisałam ostre teksty i czułam się chłopięco. Nawet miałam przydomek: „Najbardziej męskiej spośród poetek” (śmiech).
W Paryżu nastąpił przełomowy moment. W jakiejś przymierzalni stanęłam przed lustrem i zobaczyłam w nim jakiegoś dziwoląga: męskie spodnie, koszula, ciężkie buty. Nagle zdałam sobie sprawę, że ten styl do mnie nie pasuje. W tym samym czasie obejrzałam wystawę poświęconą Colette, która w jakiś szczególny sposób ukazywała kobiecość. Zauważyłam, że kobiecość może być ciekawa, intrygująca to też wpłynęło na to, że postanowiłam więcej czerpać ze swojej kobiecości. Takie to były moje transformacje. Myślę, że w tym wszystkich najważniejsze jest by uświadomić sobie męski i żeński pierwiastek w sobie, a wtedy stajemy się niejako pełnią.
Ale to jest tylko na zewnątrz. Czy to, jak się ubierasz, jak wyglądasz, ma wpływ na środek?
Kierkegaard pisał, że kto nie jest panem samego siebie ten jest ekscentryczny. Chyba się z nim zgadzam. Ubieramy się by wyrazić siebie, niekiedy jest to przedłużeniem osobowości. Ale gdy odczuwamy siebie jako siebie, jako zupełność, jako całość nie potrzebujemy chyba tego manifestować. Behawioryści mają trochę racji, strój nie tyle wpływa na środek, co z tego środka wypływa. Zawsze się zastanawiałam i interesowała mnie różnica między kobietą i mężczyzną. Może stąd się brały te moje przebieranki. Zawsze mnie intrygowało jak, w jaki sposób mężczyźni odczuwają, ich sposób myślenia, w jaki sposób kojarzą, a nawet sposób patrzenia, zachowywania się, gestykulacja, mimika. Zawsze fascynował mnie ten temat. I na czym polega ta zagadkowa różnica między kobieta i mężczyzną.
Czy doszłaś do jakiegoś wniosku?
Wydaje mi się, że kobiety bardziej zwracają uwagę na szczegół, są bardziej szczegółowe przez co się rozpraszają. Mężczyźni jakby pomijają pewne szczegóły i dzięki temu potrafią pewne rzeczy oglądać jakby z innej perspektywy ogarniając całość. To pomaga im w tworzeniu.
Wcześniej wymieniłaś, że kobiety piszą inaczej niż mężczyźni. Czym się różni pisanie kobiet od pisania mężczyzn?
Kobiety są chyba bardziej wrażliwe. Ich pisanie przypomina impresja, uchwycenie chwili, nastroju. Chociaż nie można generalizować. Mężczyźni są stanowczy, bezwzględni w wypowiadaniu się na dany temat. Radykalizują, walczą, wygrywają.
Wydaje się, że sama łamiesz stereotyp, że kobiety piszą tylko i wyłącznie wiersze miłosne, właśnie tym, że nie boisz się pisać o miłości, o różnych rodzajach miłości...
Nie ma mowy o wielkiej literaturze, w której nie ma miłości. Miłością jest przecież sama pasja pisania. Uważam, że poezja praktycznie nie istnieje bez jakiegoś Ty. To Ty może być przyjacielem, ukochanym, kochankiem aż po Ty transcendentalne. Miłość rozgrywa się na wielu poziomach. Najbliższy mi jest duchowy aspekt miłości. Miłość jest najpiękniejszą tajemnicą świata. A serce istnieje poza czasem i poza przestrzenią.
Przygotowujesz książkę „Bajka dla zakochanych”. Czy mogłabyś coś więcej powiedzieć o tej książce?
Uwielbiam bajki i ciągle je czytam. Moim ulubionym autorem jest Andersen. Jego bajki mają w sobie i dowcip i mądrość. Moja bajka jest jakby opowieścią dziecka. A jest to opowieść o dziewczynie, która zakochała się w Motylu, a że był to niezwykły, czarodziejski Motyl dziewczyna stała się królową, co przysparzało jej mnóstwo kłopotów. Jak wiemy noszenie korony to wielka sztuka, no bo jak nosić koronę w tramwaju, w sklepie, w kawiarni nie mówiąc już o bieganiu, pływaniu czy jeżdżeniu na rowerze. Dlatego najszczęśliwsi są ci, którym korona spadła z głowy. Więcej już nic nie powiem i zapraszam do lektury.
Dziękuję za rozmowę!
Pogovarjala se je Tatjana Jamnik
admin, 2. lipiec 2008 - 17:44
- Zaloguj się by odpowiadać