Languages

hasła na stronie

Sumienie to geometria każdego kroku

Szepty i krzyki – Z Ewą Sonnenberg rozmawia Katarzyna E. Zdanowicz

Wywiad dla pisma „OPCJE”

Katarzyna Zdanowicz: W Twoich wierszach płeć jest czymś płynnym. Przypomina właściwie kostium, który można założyć lub zdjąć; kostium, który czasami krępuje ruchy, zużywa się, tłamsi. Czym tak naprawdę dla Ciebie jest płeć w tekście, a czym poza tekstem.

Ewa Sonnenberg: Są dwa aspekty płci: artystyczny i egzystencjalny. Płeć w sztuce jest środkiem wyrazu, wehikułem, który pozwala podróżować w pewnych przestrzeniach i wypowiadać się o nich – więc niekoniecznie musimy mówić w tekście literackim tą płcią, którą jesteśmy zdeterminowani biologicznie. Dla mnie ważne jest wychodzenie poza swoją płeć aż po uzyskanie pewnej androginiczności. Często piszę wiersze w rodzaju męskim. Mam bowiem wrażenie, że są tematy, które lepiej brzmią, gdy mówimy o nich w rodzaju męskim. I na odwrót: są przestrzenie, które lepiej opisywać poprzez podmiot żeński. Płeć w wypadku poezji jest i powinna być płynna. Przecież – jak twierdził T.S. Eliot, pisanie jest rodzajem aktorstwa. Pisząc stajemy się aktorami. Co oznacza słynne zdanie Artura Rimbauda Ja to ktoś inny? Czy nie to, że jeżeli zechcę, mogę być starcem, dzieckiem, kobietą, amantem, dziwką? Bo pisząc mogę być tak naprawdę każdym. Niezbędna jest w tym aktorstwie empatia, umiejętność wczuwania się w czyjeś uczucia, lęki, emocje. Słowem ważne jest współodczuwanie. Bo nie oszukujmy się nasze doświadczenia jakkolwiek nie byłyby bogate – są niewystarczające, by ukazać całościowy obraz ludzkiego istnienia. A przecież w literaturze wielkiego formatu chodzi o ukazanie pewnej całości. Aby pisać naprawdę wielkie i wartościowe książki, trzeba mieć umiejętność poruszania się po różnych sferach: ludzkich i nieludzkich , olśniewających, bezbarwnych, odrażających, przerażających, nędznych.
W życiu prywatnym płeć traktuję jak coś umownego i względnego. Nie żebym nie akceptowała swojej kobiecości. Wręcz przeciwnie lubię swoją kobietę w sobie. Dzięki temu zawdzięczam właśnie taką a nie inną wrażliwość. Jestem zadowolona z tego, że jestem kobietą i nie wyobrażam sobie siebie jako mężczyzny. Ale mam wrażenie, że w naszej codzienności niezbędne jest dystansowanie się do swojej płci.

- Ale płaci się też pewna cenę za „przebieranie” się w tekstach, grę płci, grę tożsamości?

Ewa Sonnenberg: Ceną może być w pewnym momencie zagubienie samego siebie. Ale nie zapominajmy, że wszystko mieści się w ściśle określonych granicach, dzieje się na pewnej scenie, która ma bezpieczne wymiary. Z tej sceny przecież w każdym momencie możemy zejść, by stać się widzami. Scena jest przestrzenią, gdzie powstaje poezja. Będąc widzami stajemy się zwykłymi ludźmi pogrążonymi w swojej prywatności. Ważne jest więc wyczucie tych granic.

- Niektóre Twoje wiersze przypominają rzucane zaklęcia. Czy poezja może być pewną forma zaklinania – czarowania?

Ewa Sonnenberg: Poezja jest obszarem magicznym, a niektóre wiersze rzeczywiście mogą być zaklęciem, na przykład zaklęciem miłosnym. Niekiedy jedno zdanie, jedna metafora może kogoś uzdrowić, wyleczyć, otworzyć w ciemnych zaułkach duszy jakąś małą furtkę do jasnego ogrodu. Novalis powiedział, że poeci są transcendentalnymi lekarzami. I coś w tym jest.

- Ale to działa też w druga stronę – są przecież i klątwy…

Ewa Sonnenberg: To prawda pojawiły się u mnie wiersze bardzo buntownicze, wręcz szaleńcze, piętnujące zło w świecie, ale to nigdy nie były klątwy. Zła nie zwycięża się złem, ale dobrem…Ach! Gdybym tylko umiała układać klątwy…Moi wrodzy od razu stali by się moimi przyjaciółmi.

- Na ile w Twoim przypadku poczucie inności, obcości, odrębności wpłynęło na fakt, iż zaczęłaś pisać, a właściwie mówić wierszem.

Ewa Sonnenberg: Od dziecka byłam samotnikiem i od dziecka piszę. Z moim samotnictwem czułam się świetnie. Tylko ja i świat, który prosił się by go poznawać i nazywać po swojemu. Był taki moment, że nie miałam z kim rozmawiać więc zaczęłam pisać. Jestem samotnikiem, ale nie odludkiem, uwielbiam spotkania z ludźmi. Takie spotkania bywają niesłychanie inspirujące i ważne. To jakby zderzanie różnych sposobów myślenia i różnych wrażliwości.
To poprzez innych poznajemy samych siebie. Kiedyś napisałam Ja to ktoś gorszy – trawestując słowa Rimbauda Ja to ktoś inny. Jestem bowiem przekonana, że prawdziwe pisanie wymaga ogromnej pokory, pokalania się przed sobą, przed jakimś Ty i przed światem.

- A nie buntu?

Ewa Sonnenberg: Bunt i pokora, ta paradoksalna skrajność jest niezbędna! Bunt jest inspiracją tekstu, pokora nauczycielką. W.H. Auden napisał, że poeta rodzi się z chłodu, czyli w pewnym sensie z obcości i odrzucenia, ze stanu „poza”, w którym można odnaleźć niewyczerpalne pokłady czegoś niezwykłego i być może nie do wysłowienia jak tylko w poezji. Poezji potrzebny jest konstruktywny konflikt. Ale mimo to pisanie niemożliwe jest bez pokory. Pokora pozwala na przekraczanie pewnych barier. To jedno z moich odkryć.

- Izabela Filipiak w jednym z wywiadów powiedziała, że Twoje wiersze pełne urwanych dialogów zainspirowały ja do napisania wiersza „Kobiety mówią szeptem, a potem głośno się śmieją”. Czy Twoje wiersze rzeczywiście funkcjonują na zasadzie szeptu?

Ewa Sonnenberg: Moje pierwsze wiersze były krzykiem. Ale nie był to krzyk ani Mucha, ani Bacona – to był krzyk szaleńca, który szaleńczo ukochał Prawdę i który niekiedy na oślep piętnował zło, które mnie wtedy dotykało. Wydaje mi się, że moja poezja coraz bardziej się wycisza. Ostatni tomik Lekcja zachwytu jest właściwie lekcją szeptu. Gdybym miała mówić o tych wierszach językiem muzyki, to powiedziałabym, że są to utwory pisane w piano. Niekiedy szeptem można wyrazić więcej niż krzykiem.

- Iza Filipiak opisując Krainę Tysiąca Notesów stwierdziła, iż mówisz w tej książce głosem geja, natomiast w całym zbiorze panuje zasada karnawału. Ale przecież pod tym karnawałem jest ból, krew, ciało, odrzucenie/ To nie jest wesoły karnawał z brokatem i tiulami…

Ewa Sonnenberg: Czy w swoich wierszach mówię głosem geja? Czasami tak, bo czuję się trochę jak gej. Świat gejowski ma pewną estetykę, pewną wyrafinowaną i wysublimowaną stylistykę, która mi bardzo odpowiada. Uwielbiam estetykę campową i dandyzm. Być może jestem więc żeńskim gejem. Gejem w spódnicy. A karnawał? Całe życie jest trochę złowieszczym karnawałem, w którym zmieniamy przebrania i maski. To jakby współczesny dance macabre. Dla mnie pisanie jest czymś niezwykle poważnym, to nie jest w każdym razie zabawa – i to zawsze powtarzam moim studentom.

- Czy prowokacja była dla Ciebie kiedykolwiek czymś w rodzaju świadomej strategii pisarskiej? Czy w ogóle prowokacja w poezji jest obecnie możliwa?

Ewa Sonnenberg: Na początku mojej drogi poetyckiej lubiłam prowokować wierszami. Myślę, że robiłam to trochę nieświadomie. Po prostu taki miałam wewnętrzny impuls.
Ale to nie może być długodystansowy sposób na pisanie. Obecnie odnoszę wrażenie, że w poezji współczesnej prowokacji właściwie nie ma. Jest obecna w prozie, ale w tekstach poetyckich raczej jej nie odnajduję.

- W kontekście Twoich ostatnich lektur – czyje teksty są dla Ciebie światami, które warto zwiedzić?

Ewa Sonnenberg: Aktualnie pochłonął mnie wizyjny świat Hildegardy z Bingen, o której piszę pracę magisterską na filozofii. Ale podoba mi się poezja Justyny Bargielskiej z ostatniej książki wydanej w fantastycznym wydawnictwie „kserokopia” , w której pojawia się surrealizm – dla mnie niezwykle bliski. Lubię wiersze Jasia Kapeli, które są bardzo naturalne, niewystylizowane. Uwielbiam książki Aglaji Veteranyii, które są cudownie zaskakujące i odkrywcze. Fantastycznie napisane jest Lubiewo Michała Witkowskiego, które nie jest papierowe i chyba właśnie dlatego tak dobrze się czyta.

- Nawet ze sobą?

Ewa Sonnenberg; Z tym rzeczywiście jest najtrudniej. Ale chyba posiadłam ten dar pojednania nawet ze sobą.